Stacje ładowania wzdłuż tras rowerowych. Czy to ma sens?

Lokalne środowisko rowerowe dosłownie zelektryzowała poniższa wiadomość – na jastrzębskim odcinku Żelaznego Szlaku powstaną dwie stacje naprawcze i dwa punkty ładowania dla rowerów elektrycznych. Wiceprezydent miasta Roman Foksowicz z radością oznajmia: “Bardzo się cieszę, że możemy rozwijać Żelazny Szlak Rowerowy dostosowując go do potrzeb rowerzystów w taki sposób, aby był jeszcze lepszy i jeszcze bardziej atrakcyjny”.

Ulepszanie szlaków rowerowych? Jak najbardziej! Czy jednak w taki sposób? O ile stanowiska naprawcze mogą się przydać pechowym rowerzystom, o tyle punkty ładowania już budzą wątpliwości. Wyjaśnijmy dlaczego.

Po pierwsze, trzeba pamiętać, że rower „tankuje się” trochę inaczej niż samochód. Pełne naładowanie baterii zajmuje kilka godzin. Z drugiej strony podładowanie przez kilkanaście minut da elektrykowi wspomaganie na niewiele dłuższy czas. W rezultacie punkty ładowania rozmieszczane gdzieś wzdłuż szlaku na zasadzie stacji benzynowych nie mają sensu. Bo trudno  oczekiwać, że rowerzyści w punktach postojowych będę organizować dwugodzinne pikniki.

Stacje ładowania mogą być przydatne tam, gdzie zostawiamy rowery na dłużej, a więc w centrach miast, w których rowerzyści planują posiłek lub zwiedzanie, obok zakładów pracy czy urzędów. Wzdłuż szlaków, nawet w najpiękniejszych okolicznościach przyrody, mało kto z nich skorzysta.

Po drugie, Żelazny Szlak ma w najdłuższym wariancie 55 kilometrów. Średniej klasy bateria na tego typu stosunkowo płaskiej trasie wytrzyma około 80. Co więcej, użytkownicy elektryków bardzo dbają o to, by na trasę wyruszać z wszystkim diodami akumulatora święcącymi na zielono. W rezultacie w gronie potencjalnych klientów takich stacji znajdą się co najwyżej turyści tranzytowi, którym jakimś trafem rozładowała się bateria – oni też raczej nie ruszają w trasę z połową „baku”.

Po trzecie, co rozumieć pod pojęciem „stacja ładowania”. Czy to będzie prostownik z ilomaś typami wtyczek do różnych baterii? Bo przecież w tym obszarze całkowicie brak standaryzacji. A nawet gdyby wprowadzić kilka typów końcówek, to zawsze znajdą się modele rowerów, których gniazdka będą niekompatybilne z takimi wtyczkami. Należy więc przypuszczać, że wspomniane punkty ładowania będą wyposażone w zwykłe gniazdka 230V. A to oznacza, że potencjalny użytkownik takiej stacji będzie musiał wozić z sobą wcale nie najlżejszą ładowarkę.

Cała ta inicjatywa przypomina trochę sławetne Ławki Niepodległości. Czy wiecie, że z tyłu każdej z nich są dwa gniazda USB, w których można podładować telefon, słuchając sobie w międzyczasie wszystkich zwrotek „Pierwszej brygady”? A po co? Ano żeby wyglądało nowocześnie i innowacyjnie. Taką samą „atrakcję” zafundowano nam w cieszyńskim Open Air Museum. Ilu z was zauważyło, że tablice informacyjne wzdłuż ścieżki pod zamkiem mają gniazda USB? A ilu z was z nich skorzystało (o ile zdążyło, bo część gniazd jest już wyłamana i zniszczona)?

Ładowarka USB w Ławce Niepodległości.
Ładowarka USB w Ławce Niepodległości. Jeżeli masz z sobą kabelek, możesz podładować komórkę słuchając pieśni patriotycznych lub poprzeglądać strony internetowe łącząc się z hotspotem, który ukryty jest w betonowym sarkofagu.

Krótko mówiąc budowanie stacji ładowania wzdłuż tras rowerowych może kojarzyć się ze stawianiem stajni w środku prerii ale z pominięciem towarzyszącego saloonu. Co z tego, że koń ma szansę na wiadro owsa, skoro i tak żaden kowboj tam nie zawita.

Całkowity koszt projektu, obejmującego budowę stacji ładowania, punktów naprawczych oraz “warsztaty z marketingu marki turystycznej, które pozwolą wypracować kierunki, zadania i podział ról przyszłej promocji wspólnego produktu turystycznego” to nieco ponad 200 tysięcy złotych.

Piotr Stokłosa

0 0 głosy
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Opinie w tekście
Zobacz wszystkie komentarze